Press "Enter" to skip to content

Standardowe protokoły to jedynie rzemiosło?

– wywiad z prof. dr. hab. Bogusławem Maciejewskim

ŁUKASZ MATULEWICZ: W pierwszym numerze „Onkologia.pro” mamy zaszczyt rozmawiać z Panem Prof. dr. hab. Bogusławem Maciejewskim. Sylwetki Pana Profesora z pewnością przedstawiać nie trzeba. Pan Profesor jest twórcą współczesnej radioterapii w Polsce. Jest mentorem dla kolejnych pokoleń lekarzy. Obecnie prowadzi działalność naukową i dydaktyczną. Szanowny Panie Profesorze, inspirującą jest maksyma Pana Profesora, iż aby móc być leniwym, trzeba najpierw ciężko pracować.

Powiedział Pan kiedyś, że radioterapia musi być agresywna. Innymi słowy – nie ma odczynu popromiennego, nie ma wyleczenia. Czy coś się w tej kwestii zmieniło we współczesnej radioterapii?

BOGUSŁAW MACIEJEWSKI: Coraz częściej powtarza się, a nawet jest zalecana opinia (nie wiadomo, kto jest jej autorem), że radioterapia (radiochemoterapia) powinna być „bezpieczna” i nie ograniczać komfortu życia chorego podczas i po jej realizacji. To oznaczałoby, że wysoka skuteczność – tak!, ale już odczyny popromienne – absolutnie nie! Tej opinii strzegą, np. w USA, przepisy prawne dotyczące tzw. „malpractice”. Oznacza to, że chory może, korzystając z zaprawionych w boju prawników, skarżyć sądownie lekarza nawet za najdrobniejsze (w jego przekonaniu) „uchybienia”, np. dyskomfort w czasie leczenia. Z założenia, około 80% lekarzy w USA przegrywa takie procesy, ponieważ sądy wyrokują, że to pacjent jest „pokrzywdzony”, a przecież lekarz jest dość wysoko ubezpieczony, a więc firmy ubezpieczeniowe płacą, często wysokie, odszkodowania. Zyskuje pacjent i jego prawnik, ale lekarz w konsekwencji nic nie traci. Aby takich procesów uniknąć, w wielu amerykańskich prywatnych ośrodkach radioterapii stosuje się tzw. leczenie „łagodne” bez powikłań (odczynów). Jak? Poprzez niedodawkowanie. Ryzyko odczynu prawie nie istnieje i pacjent jest zadowolony. A to, że później wystąpi wznowa lub rozsiew, no cóż, przecież to jest złośliwy nowotwór.

Dowiedziono, i to bez żadnych wątpliwości, że w przypadku litych nowotworów nasilenie ostrego odczynu ściśle koreluje z odpowiedzią nowotworu (raka) na napromienianie. Do tego istotną rolę odgrywa czas terapii – im jest on krótszy, tym jego skuteczność wzrasta. Oznacza to „agresywną” terapię, wyłączną radio lub radiochemoterapię. A nieodłącznym jej atrybutem jest ostry odczyn popromienny, którego nie można i nie należy unikać. Radioterapeuta stoi na pozycji – wszystko albo nic – wyleczenie lub nie – ostrze brzytwy („Occar razor”). Lekarz, jeżeli zamierza wyleczyć chorego, staje przed koniecznością podjęcia ryzyka i każde ust . . .

Dalsza treść widoczna dla zalogowanych użytkowników (logowanie i darmowa rejestracja tutaj)